MRDP 2017

MRDP 2017, Ultramaratony

RAAM, RAA, LEL, PBP, IPWR, TransAm, TRANSSYBERIAN?

 Jeszcze do niedawna nie miałem nawet pojęcia o takich wielkich zagranicznych ultramaratonach. Może kiedyś?

Maraton Rowerowy Dookoła Polski…3142km?!

STRAVA

RWGPS

Spróbuję zrelacjonować jak przejechać ponad 3 tysiące kilometrów non stop pięknymi szosami, po lubuskich brukach, przygranicznym piachu czy po prostu po trawie. Relacja w całości w jednym kawałku,  nie ma zmiłuj się, ja nie miałem wcale lekko, to i przeczytać to wszystko też nie będzie łatwo, ale chociaż może będzie wesoło…Tak czy inaczej – zapraszam serdecznie!

MRDP

Ślad trasy z programu Locus Map po zaimportowaniu z Garmina. Grunt to dobra maksymalna prędkość ! 😛

Screenshot_2017-09-12-23-43-19-828

Tego tu nie widać, ale to trzy Everesty w pionie- ok. 24tys. metrów przewyższeń.

Trzeba spróbować, ale w zasadzie jak to do cholery przejechać? Nie jest to łatwe, to z pewnością, ale nie niemożliwe. Można mieć wcześniej ustaloną całą  strategię, ale czy to ma sens? Żeby jeździć – trzeba jeździć. Święta prawda. Nie miałem konkretnego planu, którego miałbym się kurczowo trzymać, ot tak wsiąść i jechać, bo i tak przeczuwałem, że plan mógłby się posypać…tak też było w kilku miejscach…dobra nie uprzedzam faktów.

Zarwana cała noc na pakowanie, jazda polskimbusem o chorej godzinie, później pociąg z Gdańska do Gdynii i do Władysławowa i kilka kilometrów rowerem po brukach do Jastrzębiej Góry aby w końcu dotrzeć na Rozewie. Tak dojechałem do bazy maratonu przy ulicy Wiatrakowej do Gościńca ORI.

Zapisanych ponad sześćdziesiąt najlepszych osób z kraju oraz jeden Duńczyk. Wszystko po to by przez najbliższe dziesięć dni trochę odpocząć może i nawet pozwiedzać, wejść gdzieś do muzeum, czasem porozmawiać z ciekawymi ludźmi, ale nieee… tu znów trzeba będzie się zmagać ze samym sobą, z przeciwnościami losu, słuchać i oszukiwać organizm, ale też prowadzić otwartą walkę ze zmarami i rozmawiać w półśnie z niewiadomo kim i JECHAĆ!

……..

Rzeczywistość ultramaratonów będzie dla nas zaraz doskonale znana i lubiana. Ta choroba – uzależnia.

Spacer do centrum w przededniu MRDP zaawocował w nowe pamiątki, już nie trzeba będzie tłumaczyć ludziom na trasie o co chodzi – logo MRDP każdy już rozpozna :

Pizza też była niezbędna oraz naleśnik na słodko 😊

Wieczorem byli już prawie wszyscy ultra, a zapisy ruszały wraz z przyjazdem organizatora ze wszystkimi potrzebnymi materiałami i …zipami :

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Humory dopisują 😁

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Za kilka dni i tak się tutaj zobaczymy 🙂

Ranek. Ricardo waży swoją maszynę, moja 2kg cięższa – 14,7 kg ze wszystkim. W kategorii Total Extreme każdy zabiera to co uważa za stosowne. Jedni mają więcej rzeczy inni mniej. Ja postanowiłem wziąć dużo rzeczy, aby nic nie mogło mnie zaskoczyć. W ogólnym rozrachunku zysk na wadze dodatkowej kurtki względem jej braku w górach na bardzo zimnym zjeździe raczej nie przyniesie nic dobrego. Nie przejmowałem się za bardzo, ale 12ta się zbliżała i wybraliśmy się tam:

Rozewie.jpg

10 dni?

12:10 przylądek Rozewie. Dzida od startu spod latarni, jedna pętla, 10dni limitu i do domu. Prościej się już chyba nie da!

Start w samo południe ma swoje plusy – można się wyspać, co z tego, że jazdy za dnia będzie mniej? Nic to i tak nie zmieni, bo jazdy nocą i tak będzie dużo. Zaraz na trasę, zjeżdżając po kostce w dół pomyślałem, że raptem po kilku dniach trzeba będzie po tym samym bruku wspinać się w górę i będą to ostatnie metry tej podróży. Tomek Kaczmarek postanowił, że będzie jechać „pierwsze” 600km i pojedzie na pociąg do Ełku. Trochę coś tam rozmawialiśmy, im bliżej Trójmiasta tym większy ruch. Trochę uciążliwy, dopiero w Gdańsku zaczyna się robić ciekawie! Wreszcie coś się działo. Miejska dżungla i przeciskanie się między autami raz z lewej, raz z prawej i środkiem jezdni. Jak w kurierce. Podobnie zresztą ze światłami. Kierowców musiała zszokować trochę większa liczba jednośladów, bo raczej kulturalni byli i nie przypominam sobie by ktoś miał większe pretensje, ścieżki gdzieś tam się plączą, nawet jakimś kawałkiem można przejechać, bo wyasfaltowany.

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Zajmowaliśmy momentami cały pas 😀

Do promu, jeszcze był kawałek drogi. Dobrym planem było wzięcie jedzenia na wynos i zjedzenia go na nim.

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Dziś na obiad łosoś z warzywami. Nie wiadomo kiedy następny taki obiad na wynos to trzeba chwilę poczekać i lecieć na prom!

Dotarliśmy do promu, w reklamówce dowiozłem zapakowanego  łososia. Chwilę  poczekaliśmy na kolejną przeprawę promową już ze wszystkimi uczestnikami oraz organizatorem -Danielem Śmieją.

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Jechało mi się dobrze, ale…coś mimo wszystko ciężko, wiadomo pierwsza noc na MRDP to noc pod znakiem ciągłej jazdy, bo na świeżo – to można, bo człowiek wypoczęty, bo trzeba wypracować sobie trochę kilometrów po względnie płaskich mazurach i suwalszczyźnie. Tyle w teorii, jechało mi się nieswojo i trochę ciężko. MRDP to nie bułka z dżemem i tak ma być! Fakt, że ekwipunku trochę wziąłem, ale z rowerem to 14,7Kg a to i tak niewiele. Doszedłem co jest nie tak. Ze mną na pewno nie było ok, ale winowajcą okazała się piasta z prądnicą. Na szybko sprowadziłem sobie i nie miałem okazji testować wcześniej ( jak później sprawdziłem, zawsze jest jakieś „ale”, bo są piasty lepsze i lepsiejsze, a ta moja była z gatunku tych, że była i dawała prąd, to był jej atut, ale spowalniała znacznie. Trudno przynajmniej będę miał lepszy trening 😀 – to jedyna „pociecha”). Tomek jadąc obok mnie zauważa, że jakoś dziwnie jadę.  Zatrzymaliśmy się w Bartoszycach przy jakimś całodobowym. Zakupy. Sporo osób dojechało chyba m.in. Kosma, Waldek i Szafar oraz inni. Noc już ciemna i ubrać się trzeba było. Czasu nam sporo upłynęło na postoju, a mimo, że byłem wyspany przed maratonem w nocy męczyła mnie senność. Przemęczyć się trzeba było. Tomek o 6 rano uznał, że w tak wolnym tempie to on nie zdąży na pociąg do Ełku i nie zdąży wrócić do Trójmiasta. Ok jedź! –  powiedziałem i tyle się widzieliśmy. Złożył się na czasówce i pojechał. Wreszcie mogłem pomyśleć o dalszych moich losach na najbliższe dni. Teren trochę się pofałdował, pogoda delikatnie mówiąc nie była nastrajająca, a jechać trzeba było.

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

I tak całyyyy dzień

Nie miałem wtedy planu, ale czasem tak szybko jak się pojawiał, tak szybko znikał:

Screenshot_2017-09-12-21-38-13-163.jpeg

Pierwszy przystanek przy którym coś zostawiłem. Od czegoś trzeba było zacząć 🙂

Jedynym celem była droga, zacząłem się bawić ustawieniami w Garminie. Zaczynało padać coraz mocniej. Zaczął nadchodzić kolejny wieczór. Minąłem przystanek okupowany przez pana, który rozbił sobie pod nim namiot i wywiesił wszystko co miał na nim. Tak, tak w deszczu, z przyczepką oraz z… psem. Pan tak jak i my wybrał się na wycieczkę dookoła kraju, ale z sakwami i ciężkim ekwipunkiem tyle, że bez wyśrubowanego limitu na przejechanie. Tak na spokojnie. Miał czas, ale pogody już nie. Tak jak i my…

Aż tu nagle  miejscowość: Grzybowszczyzna, głębokie Podlasie, jakieś 100 metrów od samej granicy z Białorusią. Robił się już powoli zmierzch. Blaszana wiata przystankowa to jak wiadomo ultramaratonowa oaza dla przyjezdnych zoombie. Tak dla mnie również, postanowiłem tam chwilę odsapnąć i przepakować prowiant…Telefon nie działa, cały wilgotny i nie reaguje. Super! Tego mi było trzeba. 😀  Wioska z trzema domkami na krzyż. Na przeciwko wiaty – stodoła, kilka kur, krowy i mniejszy domek. Jest cywilizacja to będzie też i prąd . A co mi tam! Idę 😀

grzybowszczyzna4

…no dobra nie jest to 100m od granicy…kawałek dalej 😁

Uprzejma pani zaprasza mnie do środka, trochę mi głupio, ulewa cały czas nakręca się coraz bardziej. Stawiając krok przez próg pod spodem już była kałuża.

Pan się nie wygłupia, to nie jest pogoda do jazdy rowerem -odrzekła. Ja tylko chciałbym trochę wysuszyć telefon- odpowiedziałem, bo mi się zalał. Usiadłem po chwili przyszedł syn tej pani. I się zaczęło. Jak w profesjonalnym serwisie pojawił się półmisek ryżu, a telefon już w kawałkach! Można suszyć. Nie tylko telefon, po chwili  przy piecu zacząłem suszyć rękawiczki, nogawki, kurtkę, po chwili suszyło się już wszystko przy dużym kaflowym piecu, w którym napalili gospodarze specjalnie dla mnie…

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Tak, tak, więc ciuchy wisiały wszędzie i się suszyły, a ja wypiłem kawę po 21tej. Opowiedziałem skąd jadę i dokąd i dlaczego tak daleko i czemu to dopiero początek tego wszystkiego. Telefon dalej nieżywy. Gospodarze wreszcie zaczęli rozumieć dlaczego w taki dzień z deszczową aurą widzieli tylu cyklistów uzbrojonych po zęby z przedziwnymi torbami przy szosówkach…

Zadzwoniłem do bazy maratonu, czyli do Agaty :

Ja : „Cześć! „…no wiesz taka sytuacja, właściwie to nie mam telefonu…dzwonię od takich ludzi…

Agata: …widzimy Cię na GPSie, możesz dalej jechać… 😀

Ja: hmm no właściwie to chciałem się wycof….

Agata: Co??? Nie możesz, masz jechać dalej , teraz już jesteś za daleko by się wycofywać, widzimy się na Rozewiu!

Agata wiedziała jak przekonać do dalszej drogi 😀 Pomyślałem, że nie warto rezygnować tym bardziej, że wcześniej nigdy się nie wycofywałem i jakiś tam deszczyk, który zalał mi telefon nie może tak łatwo przekreślić dalszych losów tej wyprawy… i poszedłem spać… w śpiworze przy piecu…ultramaraton…sami rozumiecie…no to alarm na 1 w nocy… Eee nie jadę, dalej pada. Wszystko wedle cholernego planu upartej pogody. Deszcz miał ustąpić z nadejściem poranka. Tak też było, a ja dalej poszedłem dalej spać w objęciach Morfeusza, wyjechałem z gościny po piątej rano, bo gospodarz domu wstawał o czwartej, więc akurat. Meteo nie kłamało i już deszczu rano nie było. Jedynie mokro, pakowanie, coś na ząb i dzida…

Ranna kalkulacja obecnej mojej pozycji względem MRDP upozycjonowała mnie gdzieś hen, hen daleko za murzynami. To oczywiste, ale biorąc pod uwagę suche ciuchy i brak sprawnego telefonu ruszyłem na kilkukilometrowy (chyba 7km?) odcinek szutrowy.

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Kruszyniany z maluśkim Meczetem.

Tam „względnie” sucho, typowa pralka i dziury , ale te kilkanaście km/h można jechać. Dalej na Krynki, Gródek, Michałowo. Pogoda w miarę, ale coś tam znowu zaczyna kropić nie ma szans na ominięcie tej aury. Trzeba przywyknąć i nie ma  innego wyjścia. W Hajnówce odbijam do komisu GSM, drobne 30minut i mam drugi, ale tym razem już sprawny telefon. Smsy działają i dzwoni. Poprzedni telefon szczelnie zapakowałem do woreczka strunowego i do przedniej sakwy w nadziei na lepsze czasy. W drodze do Kleszczeli wieje w pysk, a ścieżka rowerowa o wiele lepsza niż droga krajowa. W Hajnówce nie kupiłem nic do jedzenia, bo nie było obok sklepu i nie chciałem tracić więcej czasu. Rozmyślałem chwilę nad menu z najbliższego spożywczaka i przeanalizowałem dokładnie  to co straciłem na noclegu. Zatrzymałem się w malutkiej cukierni gdzie kupiłem kilka pączków na szybko. Do żadnych wniosków nie doszedłem, wtedy może widziałem to nieco inaczej? Sam nie wiem. Tego już się nie cofnie, ale…pierwszej doby coś pod 600km , drugiej niewiele ponad 200km czyli bardzo mizernie i NIERÓWNO! Pomyślałem, że  jakoś to będzie…chyba…Nie jest najgorzej, liczyłem na jakiś 1000km w dwie doby. Taki był właściwie plan do zrobienia przed górami, aby spokojnie przejechać dalszy „fragment gór”, czyli ponad 1100km. Wszystko wzięło w łeb. Strategię którą przyjąłem do zrealizowania na nowo była banalna. Co ma być to będzie, trzeba dojechać w miarę szybko w Bieszczady i zacząć cisnąć.

W drodze do Terespola pojawił się kawał dobrego asfaltu i wiatr w plecy! Przed samym wjazdem podmieniłem baterie eneloopów w Garminie i dopadła mnie krótka, ale letnia intensywna ulewa.

Z podobnym założeniem do moich jechali Waldek i Szafar, ktirych chyba w tych okolicach spotkałem. Do tego jechali całkiem mocnym tempem ( bo spali każdej nocy, a pierwszej w Bartoszycach! Czego chyba nikt nie zrobił oprócz nich ! ) dlatego w takim teamie dojechaliśmy do jakiejś szkoły w Dubience przed PK10 i tam kima.

dubienka

O tutaj.

Nie najłatwiej było znaleźć tam nocleg, chciałem tylko się zawinąć na około dwie godziny i jazda, ale alarm nie spowodował niczego więcej poza ospałą moją reakcją i jego wyłączeniem.

Dzień następny . Zebraliśmy się względnie rano po piątej, ale wcale nie skoro świt.  Planem Waldka i Szafara było dojechanie do Wetliny. To całkiem spory dystans i bardzo dobrze! Trzeba nadrabiać! W zależności od tego jakie warunki będą na trasie miałem plan dojechać jak  najdalej się da i dopiero w  nocy szukać przystanku, ale pomysł Wetliny też spoko.

Green velo wschodniej ściany zaczęło mi się podobać. Tak samo jak (ponownie!) ścieżka rowerowa ze świetnym asfaltem i ładnymi krajobrazami. Jak tutaj:

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Pusto, nawet psa z kulawą nogą brak! Po takich drogach rowerowych Greenvelo mogę jeździć!

Wreszcie jakaś pogoda na rower! Poprzedniej nocy oglądałem rozgwieżdżone niebo to musiała być pogoda!  Im bliżej Przemyśla tym ciekawiej.

Przez samo miasto przebiliśmy się szybko i sprawnie nie zważając zbytnio na ruch, światła etc. Odżyłem, jak to w mieście. Coś się dzieje, jest życie i ruch w mieście i jest fajnie.

Wyprzedzaliśmy kolejne osoby. Zamieniłem kilka słów z Jarkiem Krydzińskim, który miał awarie koła i w Przemyślu szukał serwisu rowerowego, który ma jakieś pojęcie o Campie. Dodał na końcu, że i tak będzie szukać jeszcze jakiegoś serwisu dalej. Przez kilka następnych kilometrów zastanawiałem się „Niby gdzie ? W Bieszczadach? Hmmm…”

03 Przemyśl- Komańcza

Przemyśl po prawej. Komańcza po lewej .

Widząc znak „Ustrzyki Górne 14km” trochę zaczął  przybliżać się cel jazdy tamtejszego dnia, ale nie tak jakoś znowu prędko. Kilometry liczą tam się podwójnie i dłużą, a jazda nie szła jakoś płynnie. (Na BBTourze zresztą też mi się dłużył ten podjazd i wtedy złapało mnie tam jedyne na  trasie oberwanie chmury na samej końcówce, nad ranem!) W każdym bądź razie trochę przezornie liczyłem w Ustrzykach na otwarty sklep, ale był oczywiście już zamknięty i to już na długo przed naszym przyjazdem. Takie uroki Bieszczadów. Wymiana zdań z turystami pod tamtejszym sklepem, którzy byli również z Łodzi! Trzeba coś tu zjeść, bo dalej nie będzie niczego, a polować przecież nie będę. Cóż pierogów na obiadokolację nie kupię, a taki miałem plan.

Trzeba było poznać „Legendy Bieszczadzkie” i tamtejsze specjały. To tuż obok „Caryńskiej”. Wszędzie pełno ludzi, zamówiliśmy po knyszy, bo jak mi powiedziała kelnerka to największe porcje i podobno można się tą knyszą najeść. Nawet rabat dostaliśmy dla rowerzystów!

bieszczadzkie legendy i knysza

Człowiek głodny, człowiek zły! 😈

Bardzo smaczne, ale trochę mimo wszystko za małe porcje. Tamtejszego dnia i już po ciemku zajechaliśmy zawijasami w górę do schroniska o wdzięcznej nazwie : „Czar PRLu” w Wetlinie. Taka nazwa zobowiązuje, więc i warunki iście spartańskie, a samo schronisko nieopalane, nocleg na piętrze, wszystko z płyty osb,  ale cztery ściany były oraz czym się przykryć także. Wystarczyło, musiało. Mimo, że trasy już ubyło trochę nie czułem wtedy zbytniego zmęczenia poza ogólnym takim wynikającym z długości trasy , dobrze, że dodatkowo jakichś awarii nie było, oprócz tulejek trzymających lemondkę, poprawiałem to notorycznie prowizoryczną izolacją ( aż do końca trasy!)

Opuściliśmy schronisko chyba jako pierwsi. Piąta czterdzieści. Przebić się przez Bieszczady do sklepu. Oto był plan na poranek, aby gdzieś w końcu zjeść śniadanie. 4-5 stopni, czyli znowu bardzo rześko. Mijamy oberżę „Biesisko” gdzie nocowali wg. relacji – Agata i Witek. W okolicy sarenki. To nie możliwe, że tyle odrobiłem kilometrów do Nich? Dopiero po ok. 40km w Komańczy pojawił się sklep gieesowski, który miał być delikatesami, bo tak wskazywały drogowskazy przydrożne. Dobrze, że w ogóle był 😁A tam zjedliśmy śniadanie na miejscu. Cztery czy pięć dużych bułek do tego trochę smaczku, czy czegoś tam na kanapki. Nie mogłem już patrzeć na słodycze z samego rana. To był strzał w dziesiątkę. Gdy wcinaliśmy buły w sklepie, lodówkę mając za stół – pani w sklepie zagotowała wodę w czajniku. Pełna obsługa ! Przelałem do bukłaka, a deszczyk już powoli przestawał. Z smsów, wiedziałem, że przewidywana jest kolejna ściana deszczu na ten rejon. Pora uciekać. Po wykupieniu wszystkich słodkich drożdżówek już z samego rana i zjedzeniu wszystkiego na miejscu – ruszyliśmy. Tak było, a bukłak grzał w plecy. Humor mi się poprawił.

04- Komańcza- Gorlice

Profil z Komańczy w okolice Gorlic (po lewej)

Jechało mi się wyraźnie lepiej od towarzyszy i lekko odjeżdżałem, ale i tak po jakimś czasie i tak się spotykaliśmy, bo tak i już.

Bardzo dziękuję za kibicowanie!

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Bliej nieokreślone miejsce przed Gorlicami.

Dostałem sms-a: ” Jesteś 21ty po PK13″ W Gorlicach dojechał do nas kolega Wojtka Gubały, porozmawialiśmy, dowiedziałem się też, że cztery lata temu jak ktoś nie dojechał w tamtym czasie w okolice Gorlic do wieczora to już nie miał realnych szans na zamieszczenie się w limicie (myśmy tam byli w ciągu dnia), a następnie zajechaliśmy do sklepu „Ostre koło”. Kawałkiem szmaty przetarłem resztki smaru na łańcuchu i naoliwiłem łańcuch, kropelka po kropelce. U mnie tyle napraw. Przesympatyczni ludzie, poczęstowany zostałem ostatnim espresso –  to druga kawa od startu! Waldek i Szafar mieli poważniejsze sprawy do poprawy przy rowerach. Doszło nawet do prostowania haka tylnej przerzutki… Pooglądałem nowe buty i trochę pozazdrościłem, bo wszystkie były SUCHE 😀 .

05 gorlice -stary sacz

Gorlice-Stary Sącz (po lewej)

Z monitora  komputera dowiedziałem się gdzie kto jest. Daniel Śmieja, który był tu chwilę wcześniej ma zamiar stanąć gdzieś na dłużej, a tak właściwie to w bliskiej odległości przed nami było sporo osób. Trzeba jechać, tym bardziej, że łańcuch już gotowy, postój dodał trochę wigoru.

Jak o wigorze mowa, jadąc dalej zauważyłem czerwony rower w sklepiku po lewej stronie, tak wyminąłem się z Danielem (Wigorem) w ostatniej chwili akurat zauważając jego rower.

Niby jechało mi się lepiej, ale tak nieswojo. Dalej Banice – PK14.  Sms „1510km w 101h”. Następne smsy były już coraz to lepsze np. ten mnie rozwalił:

„Oglądaj filmy i seriale na Twoim telefonie, komputerze i TV…” Miałem odpisać, ale za dużo wstukiwania w klawisze.

Muszyna, jechałem swoim tempem, na niskich kadencjach, nadrabiając. Wzdłuż Popradu w kierunku do Piwnicznej-Zdrój fajna droga, a w Starym Sączu zaskoczyły mnie krowy, które szły pod prąd po ścieżce rowerowej 😀 Tatry coraz bliżej i jest coraz ciężej. Wszystko w porządku. Dostaję sms-y, nie mam na to wszystko czasu. Pogodę czytam z smsów 😀 Nie muszę patrzeć w niebo! Wiem gdzie są Remek i Kosma, jest świetnie 😀,  noga podaje.

„Dawaj Gawek, dawaj. Z Niedzicy do Głodówka jest tylko 31km a tam zjedz i naładuj wszelkie baterie” – takie smsy poprawiają humor nieźle, szczególnie gdy te 31km to nie jest jazda po bułki do sklepu, a podjazd do schroniska w Głodówce… i kolejny sms –

„4-5km,czyli idziesz na piechotę to dobrze. Lepiej tak niż kręcić w miejscu.” – ale beka 😀 Ciekaw jestem co te nadajniki pokazywały za wartości 😀

06 - Stary sącz- Zakopane

Stary Sącz – Zakopane (po lewej)

To Łapszanka, Jurgów i Brzegi , a dopiero dalej schronisko górskie – Głodówka. Super punkt widokowy na Tatry, ale nie tym razem, bo ciemności były wszędzie dookoła. Wolno, bo wolno, ale wjechałem. Nie szedłem. Nie zakładałem nawet rękawiczek, bo było mi ciepło pod górkę.

00:30 w nocy melduję się w schronisku. Czas na dwie porcje pierogów. To normalne o tej porze, że zamawiasz pierogi. Jedyne co może  wydawać się nieco nonszalanckie to –  to, że tylko dwie porcje, a nie trzy czy cztery. Wymieniłem ubłoconą kostkę GPSa na świeżą, zjadłem ruskich dwie porcje i zawinąłem się w śpiwór na ławce w kimono. Później już pod ławką, bo wąska była i nie mogłem się obrócić i usnąć. Nazjeżdżali się następni m.in:  Daniel, Paweł, Cezary itd. Nie dali pospać! Hehe…Na ponad cztery godziny postoju pospałem tak może z godzinkę, ale jakie to spanie?! Raczej średnie przy ławce pod stołem. Zebrałem cały majdan do toreb i przegryzłem ostatnim batonem. W środku było ciepło i wesoło, ale atmosfera i rozmowy były najciekawsze. Za oknem ciemno i zimno i do tego standardowe już  4-5 stopni.

„O ! Gavek ! Jedziemy?! „- to Rysiek Herc.

O ty tutaj? A nie z przodu? No jasne! Zaraz jedziemy! 😁

Ubrałem na siebie prawie wszystko co miałem, czyli po kolei : długą cienką bluzę termo, koszulkę krótką, drugą bluzę, buffy, przeciwdeszczówkę i jeszcze jedna kurtkę dodatkowo jeszcze na to wszystko. Aby przetrwać zjazd do Zakopca.

„Trzeba będzie się ubrać we wszytko a i tak będzie Ci zimno”-  powiedział Daniel 😀 .

Ja też tak sądziłem, ale po założeniu tylu warstw było mi wystarczająco ciepło na zjeździe, a wiatru wcale nie odczuwałem. Można? Można! Zimą niewiele ciepłej  i bym się ubrał. Minąłem Ryśka, który coś tam poprawiał chyba z folią ncr? Zaczęło już wtedy świtać, a w Zakopanem znalazłem bankomat przy trasie, którego szukałem od dawna, ale dziwnym trafem nie było niczego takiego w górach 😀 .

„Rów Mariański czy Mount Everest? Na jakim poziomie jest jakość połączeń w Play? Oceń na… ”

Trafili w sedno, akurat prawie kończymy Tatry. Everest wjechany dawno temu. Wiedzieli kiedy napisać 🙂 Herc jako radar z przodu , trzeba gonić i tak się wymienialiśmy.

07 - Zakopane- Wisła

Zakopane – Wisła (po lewej)

Babiogórski Park Narodowy zapamiętałem z ogromnych mgieł, nie było widać prawie nic. Chyba w  tamtych okolicach były roboty drogowe, gdzie normalnie na czerwonym pod prąd jechaliśmy na auta z przeciwka, bo ruch wahadłowy i momentami po poboczu. Tak tam się jechało. Dalej były kolejne hopki w tym przełęcz Krowiarki.

„2017.08.24 – 11:47

Uważajcie na wiejskie burki na zjeździe do Wieprza. Prawie bym zmielił :D”

Między mną, a Ryśkiem taki jeden przebiegł, a można było się tam nieźle rozpędzić! (podobno nawet do 150km/h jechałem wg. GPSa z truckingu, ha! nieźle!)

Węgierska Górka , Milówka trzeba było pojechać tam spokojnie, jeszcze moment na puszkę  Mountain Dew ( nie pij tego w domu), bo kawałek dalej gwóźdź programu niepozorna mała miejscowość SZARE! Ewidentnie rower przypomniał sobie co tam się znajduje…i z hukiem eksplodowała mi przednia dętka! Ok to będzie przerwa 😀 Może warto się zająć tym co się stało? No można…Dętka strzeliła na zgrzewie od wewnętrznej strony. Łyk wody, pompowanie koła, batonik, pompowanie. No właśnie w Szarych podjazd po płytach ażurowych i 23% nachylenia , postanowiłem to nagrać 😉Plan był taki, żeby przejść się tam z buta, aby się nie zatyrać i mieć więcej sił , ale dobra jechałem tam na GMRDP to teraz nie pojadę? No way…Zresztą w szosowych butach chodzić?! Kto to słyszał 🙂 Płyty przez ostatnie dwa lata zarosły trawą i przerwy miedzy nimi stały się mniejsze i całkiem szybko byliśmy na górze. Chwila odpoczynku i znowu jazda! Mam dziury w pamięci jeśli chodzi o następne kilometry. Chyba nie było tam nic bardzo ciekawego co przykułoby moją niczym niezmąconą uwagę. Uwaga i ten refleks niczym u wspaniałego szachisty. Zaczynał się tam bardziej płaski odcinek trasy. Zrobiło się trochę „propagandowo” gdy wg. śladu znalazłem się przez moment w Czechach, gdzie przy drodze leciała jakaś czeska propaganda przez szczekaczki megafonów 😀 ! Nie wiem co to miało być, ale jechałem dobrze według śladu , więc ok !

W tamtym czasie przyszedł najwyższy moment uzupełnienia niedosytu kalorii, normalnego ludzkiego żarcia. Tak trafiliśmy z  Ryśkiem do Gorzyc, a dokładniej do Pizzerii Kaman. Ilość jedzenia na trasie i spalanie ogromne. 100 na 100 jak w czołgu, albo i lepiej 😀

Jakie macie pizze? Duże? Poprosimy dwie największe, te  40cm i do tego po talerzu makaronu. Długo będziemy czekać? Makaron tak szybko jak pojawił się na talerzach – a szybko , tak szybko stamtąd zniknął. Moment , chwila, raptem kilka minut, taki był przepyszny. Nie pamiętam jaki, ale jakiś z odrobiną mięsa. Poprosiłem także o kawę, ale taką siekierę. Z pizzą były większe problemy po zjedzeniu połowy nie mogliśmy dać rady dalej… Tempo jedzenia spadło i resztę trzeba było wziąć na wynos. Do pudełka i w folię. Na „silver tempa” i do podsiodłówki, będzie na później! Szef lokalu jak się dowiedział skąd jedziemy i dokąd dał nam to wszytko gratis! Super człowiek, polecam! Byliśmy z  pewnością najbardziej wygłodniałymi ludźmi jakich widział, a przynajmniej w ostatnim czasie 😀

Z prowiantem ruszamy w dalszą drogę, na spokojnie, aby to wszystko strawić 😀 Bardziej płasko, ale za to wiatr jakby mocniejszy. Mój plan miał być taki, że aby poodrabiać trochę „straconego” czasu mam zamiar jechać całą noc.

08 - Wisła - Złoty Stok

Wisła – Zloty Stok (po lewej)

Mijamy Kietrz, czyli PK20. Później zaczyna się trochę ściemniać, przejeżdżamy przez Prudnik jechało mi się tam znowu kiepsko.

Dużo przewyższeń, mocne tempo i napieranie na każde wzniesienia wyssało ze mnie sporo sił, co wtedy skutkowało tym, że organizm domagał się snu, którego ostatnio dużo nie dostawał (wdobrym pomysłem, który chodził mi wcześniej po głowie był krótki power nap na 15min gdzieś na podjeździe w górach w ciągu dnia to świetna sprawa! :D) Spać! Szybka kima przy Orlenie w Głubczycach, bo to nie ma już sensu takie żółwie tempo..

glubczyce

Godzinny nocleg na trawie przy drzewie. Rysiek nie spał od Ustrzyk, a ja chociaż tą „godzinę” na Głodówce. Tak czy inaczej powinno nam to trochę pomóc, już nawet zamknięcie oczu, aby dać im odpocząć jest zbawienne, a co dopiero trochę snu?! Zjadłem kawałek pizzy i zawinąłem się w śpiwór. Przy Orlenie klientelea w BMW nie należy do najłatwiejszej w obsłudze, jakby tego było mało – komentują coś tam i strasznie hałasują…Trochę na pewno zmrużyłem oko, kasjerka obroniła nas przed kontrolą Policji, bo byli także zaciekawieni , ale jakoś się udało, bo zachowywaliśmy się grzecznie. No wiadomo, przecież tylko chcieliśmy chwilę poleżeć na trawie i zmrużyć oko. Wielkie przestępstwo od razu…

Czwarta kawa od startu, czyli trzeba wyciągnąć ziemisty proszek zwany guaraną. Dosypałem go do kawy, mimo, że w kawie się nie rozpuszcza dobrze, ale…to ten czas, że nie ważne czy się rozpuszcza, czy nie. Warto dosypać. Guarana prawie wcale się nie rozpuściła, to ją zjadłem z dna kubeczka i tak zaczęliśmy znowu jazdę . Chyba coś ok. 1 w nocy. Ogólne samopoczucie dobre, kawa zaczęła budzić i nie tylko:

„ZAGŁADAAA!!!” – 6:54 – 25/08/2017

Złoty Stok, Stronie Śląskie i zaraz Kotlina Kłodzka!

09- Zloty Stok - Nowa Ruda

Złoty Stok – ok. Nowej Rudy (po lewej)

Zatrzymaliśmy się przy Biedronce. Humus paprykowy – najlepszy, pesto, brzoskwinie, kilka bułek, jabłko i znów kilka batonów i do tego sok bananowy. Bukłak trochę pękał w szwach, a sok zmieściłem do tylnej kieszonki w koszulce.

Prowadząc taki „nomadyczny” tryb życia w ostatnich dniach wiele spraw można sobie uprościć, a wiele skomplikować. Gdy się zacznie więcej myśleć rodzą się w głowie takie ważne pytania egzystancjonalne jak – dla przykładu :

„ Aaaa wiesz?! Tak właściwieeee…to jaki dzisiaj jest dzień tygodnia??? .Gorzej gdy nie tylko ja nie wiedziałem, bo i Rysiek miał podobne zmartwienia i próbowaliśmy razem coś ustalić, ale zdecydowanie lepiej szła nam sama jazda niż jakieś takie bezsensowne rozważania. Nie ważne, mam kalendarz w telefonie to sobie sprawdzę 😎. Liczę doby od 12.10 w sobotę i kilometry mierzę odliczając doby od tego czasu. Czy jakoś tak. Jest to jakaś metoda, odnajduję się w kalendarzu tygodnia, przeliczam pozostałe kilometry i dni do upływu 10 dni. Jest dobrze? Chyba tak.

W Międzylesiu przy Orlenie stanęliśmy przy stoliku pod chmurką. „Zły błąd!” Atakowały osy! Ogarniałem bułki z humusem , przelałem wodę i ten nektar z bananów i odganiałem się od tych os.

Kotlina Kłodzka jest przepiękna!

This photo is taken by AllWinner's v3-sdvThis photo is taken by AllWinner's v3-sdvThis photo is taken by AllWinner's v3-sdvThis photo is taken by AllWinner's v3-sdv

„2017.08.25 – 15:23 Kotlina zabojczo piekna,ale…6km/h na 4% przy 27 st.C. i pod wiatr. Chyba to obecnie zaplata ostrej jazdy przez ostatnie dwa dni i 2,5 snu.”

Screenshot_2017-08-29-22-11-17-133

Screenshot_2017-09-11-21-12-17-300 Niby plasko, ale jak się spojrzy do tyłu to jednak widać różnicę i to dość znaczną. Takie 4 % to nie podjazd…Góry Bystrzyckie i Orlickie. Wiedziałem, że na fragmencie kawałek przed podjazdem do Zieleńca, gdzie granicą jest rzeka Dzika Orlica będzie taki mały bar. Niestety naleśników nie było. To chociaż po kubeczku lodów…Ryśka użądliła osa…

Screenshot_2017-09-14-09-33-11-184

Ruszyliśmy na podjazd pod Zieleniec, a tam asfalt w nocy zwinęli… W upale już ok. 30st i w towarzystwie walców drogowych przejechaliśmy po gorącym asfalcie, drogowcy tylko nas skrzyczeli i wyrzucali, no to trochę poblokowaliśmy ruch za nami jadąc po wyfrezowanym asfalcie i częściowo też po chodniku. Wielka ciężarówka miała ochotę mnie minąć przed samym szczytem, ale wcisnęła się na zjeździe. Pył, asfalt i kurz znalazł się na mojej twarzy, założyłem okulary na zadrzewiony i zacieniony jazd.

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Czeski kościółek – jak z akwareli.

Prawie nic nie widziałem , do tego fatalna nawierzchnia, hardkor! Tak mniej więcej dojechałem do Kudowy- Zdrój. Pierwszy postój przy stacji, trzeba było trochę ochłonąć, ale dopiero kawałek dalej w centrum naprzeciwko parku zdrojowego przystanek na obiad. Makaron i naleśniki.

Dalej to Radków, Tłumaczów i Świerki to kolejne podjazdy i zjazdy. Nie byle jakie i na tym się skończyła Kotlina Kłodzka.

10 - Nowa Ruda do końca gór

Ostatni fragment gór

01

Pogoda cały czas w jak w mordę strzelił! Bezchmurnie, bez deszczu i słońce przygrzewało. Już taka pora, że trzeba było myśleć co robić dalej. Z Kudowy kolejnym planem było dojechanie niby do Świeradowai dopiero tak szukanie noclegu, ale po spojrzeniu na ilość kilometrów i godzinę już prawie wieczorna bardziej realne było dojechanie do Lubawki i tam szukanie kimy. Nie dojechaliśmy tam, to było bez szans, do Lubawki (2227/3142) zostało Nam wtedy ok. kilkunastu kilometrów, za Unisławem Śląskim jechaliśmy już niemalże po rowach, dodatkowo sprawy nie poprawiał cień koła oświetlanego przez lampkę przednią. Kilkukrotnie nabrałem się na to, że to jest przepaść do której zaraz wpadnę i tak uciekałem i przeskakiwałem przez tą przepaścią. Nie było dobrze, jechać się już nie dało 😁

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Koszmary się budzą na 50% mocy latarki

Trzeba mieć na prawdę dużo szczęścia, by w chwili gdy się myśli o noclegu taki się pojawia w środku gór! Takie rzeczy się nie zdarzają? A jednak! Zauważyłem wielki szyld przy szosie:  „Gościniec Eden – zapraszamy ”

gosciniec eden

Uratowani! Jesteśmy w raju! A dokładniej w edenie. Po 23ciej , rowery do środka, ładowanie telefonów, prysznic i spać. Wyjąłem telefon zamoczony na Podlasiu . Włączył się 😊. Rano szwedzki stół, zjedliśmy „prawie wszystko”. W nocy była w tych okolicach potężna burza, ale nie była mnie w stanie obudzić . Czyli drzew nie połamało, może wtedy bym usłyszał.

Tak po dziewiątej rano byliśmy na trasie z nadzieją na dobrą pogodę.Nie ma nas na mapach, ale GPS miał opóźnienia, a jak rowery były pod dachem to nic dziwnego. Teraz już będzie w końcu z górki ?!

Już mimo wczesnej pory robiło się ciepło. Prawie nie było już śladu po ulewie. Lubawka wjechana, potem pomyliłem zjazd i zamiast na Kowary pojechałem w kierunku na Kamienną Górę.

„dodatkowe kilometry zawsze spoko”

Zawrotka i po śladzie!  Do Świeradowa Zdroju już niedaleko. Znowu ponownie pojawiła się iluzoryczna meta.Tak jak wcześniej- meta BBTouru w Ustrzykach, tak teraz ożyły wspomnienia sprzed dwóch lat gdzie w Świeradowie kończyliśmy trasę GMRDP, ale dla nas jeszcze nie był to koniec, lecz 2/3 trasy.

Zjazd do Kowar to bajka, można lecieć, wśród motorów! W pewnym momencie jechałem mając kilka przed sobą i ze dwa za mną! Rysiek gdzieś większy kawałek przede mną. Podgórzyn, Miłków, Zachełmie, trochę osób kręciło się na szosówkach, a mnie się też już wtedy kręciło, ale w głowie, a tu jeszcze taki zawijas pod górę na Szklarską Porębę Dolną, gorąco, wyminąłem idącego tam Wiesława Jańczaka (Wiecha) – to nie bikewalking! –  dalej goniłem Ryśka. W jakimś domku po prawej ktoś ostrzył siekierę…Pojawił się sklepik w Szklarskiej Porębie Górnej akurat kończyła mi się woda i batony. W popłochu, ale z głową . Nadjechał z dołu Rysiek!😨 Obaj wtedy nie wiedzieliśmy co jest nie tak 😀 i gdzie wyminąłem go wcześniej!  Góry znowu wypaliły energię, której nie było, ale za to były podjazdy pokonywane siłą woli.

W Świeradowie przyszedł czas na obiad czyli pizza i po makaronie. Byliśmy w trójkę z Wieśkiem, który dojechał po chwili. Wiechu jak każdy z nas miał różne przygody m.in. wiózł znaleziony śpiwór Gustava, miał awarie Garmina i jechał po samym śladzie bez wgranych map. Zdążyłem jeszcze zrobić szybkie pranie, które powiesiłem na podsiodłówce. Znowu się zapchałem, ale pełen…optymizmu, że jeszcze kilka podjazdów i przy granicy niemieckiej zacznie wiać w plecy, będą dobre asfaltu i będzie lżej. Ruszałem z taką nadzieją.

» 2017.08.26 – 14:36

Jedziemy do ZGORZELCA, a Herc o Gorlicach ciagle nawija…tam dobra kawa i serwis ostre kolo 🙂

objazd zgorzelca

Zgorzelec.

W Zgorzelcu był festyn chyba i pełno ludzi w samym centrum. Lepiej było objechać , wszędzie kocie łby , wyznaczając sobie objazd prawie wjechałem w zaparkowane auta przy ulicy, bo jakoś się gęsto zrobiło. Pani z auta była lekko zdziwiona, ale wszytko ok.

Z relacji wiedziałem tyle:

„Uważaj na bruki, bo tam jest jakiś hardkor!” Ludzie kapcie łapią i masa dziur.

Serio, tak było .Asfaltowy ser szwajcarski przeplatany sekcjami bruku. Zdjęć nie mam, bo kamerka chyba od tych wstrząsów nie zapisywała poprawnie zdjęć 😁.

Jedną z brukowych lubuskich miejscowości Ruszów przejechałem po trawie, bo zdecydowanie szybciej 😉 Typowym krajobrazem tamtej okolicy oprócz tego, że już płasko to widok urwanych fragmentów tłumików oraz innych…Nie do pomyślenia, że tuż przy granicy niemieckiej są takie drogi! Za Łeknicą po 21tej postanowiłem zaszyć się w agroturystyce i przeczekać burzę, wszędzie wokół były czarne chmury i zaczynało padać. To najtańszy nocleg jedyne 20zł, a warunki całkiem dobre i był prysznic. Trochę rozciągania i spać! Niestety burza poszła gdzieś bokiem i byłem zły, bo m.in. po to wziąłem nocleg w agroturystyce, żeby przeczekać nawałnice, która nie przyszła…a poszła sobie do Naszych sąsiadów.

nocleg w agro w za Łęknicą

Okolice Łęknicy.

Ponownie po piątej wystartowałem. Zły i wściekły za stracony czas. Czemu stracony ? Poprzedni nocleg w „Edenie” zregenerował mnie dosyć znacznie, wolałem wtedy przeczekać deszcz (i nie jechać w nocy po tych wrednych brukach), a że ten nie nadszedł to trochę żałuję tego „straconego” tam czasu. Postanowiłem już od tamtego miejsca jechać non-stop z małymi drzemkami, bo do mety już tylko trochę ponad 700km.

Jednym z następnych punktów kontrolnych była miejscowość Brody. Ponownie kostka, remont, bruki i pałac Bruhla w głębi.

Dalej Chlebowo też takie „piekiełko lubuskich bruków” Tam sytuacja z panem wyprowadzającym jamnika na spacer, który widząc mnie lawirującego po piachu i trawie, gdzie prawie zaliczyłem glebę krzyknął – z pełnym uśmiechem na twarzy: „Niedostosowanie prędkości do warunków na drodze!” Mało, że łatwo nie było to jeszcze taka uprzejmość miejscowych. Polecam okolice!

Przy przeprawie promowej w Połecku czekał Tomasz z rozstawionym całym punktem serwisowo-żywieniowym. Wrzuciłem rower na prom i dowiedziałem się od Pana, który tym dowodzil, że tam śpi jakiś Pan i chętnie mi da kubek gorącej herbaty! Zapukałem obudziłem Tomasza , chwilkę porozmawialiśmy i musiałem wracać na prom, bo nie tylko ja bylem, ale również ludzi w samochodzie mieli ochotę się przedostać na drugą stronę Odry. Bardzo miłe spotkanie i świetna jednoosobowa inicjatywa !

FB_IMG_1505501594627

fot. Tomasz Ignasiak

Wiatr zmienił się na boczny mocno przeszkadzający, a przed Słubicami to już wmirdewind i 20km/h nie dało się jechać. Morale spadły. Niewidzialny wróg zaczął rozdawać karty i nie były to mocne karty. W Słubicach po jedenastej zamówiłem przepyszny „Makaron cztery sery” Szybko podany, bardzo ciepły, bo w ceramicznym naczyniu ! Wróciły siły na dalszą walkę.

Małe te wszystkie miejscowości i przejazdem omijaliśmy je prawie wszystkie i przy drodze nawet sklepiku potrafiło nawet nie być.. Tak minąłem Sarbinowo PK34. Dopiero w Mieszkowicach odbiłem specjalnie trochę z trasy, aby znaleźć sklepik. Wykupiłem ponownie słodycze, kilka bananów , Muszyniankę i litr coli.

Gdzie ten Szczecin???

Dolina rzeki Słubi, trasa tak kręciła, że Szczecin zamiast się przybliżać to się oddalał. Mijałem coraz to znaki drogowe z różną liczba kilometrów od Szczecina, a porywy wiatru złamały konar drzewa gdzieś przy drodze.

W dalszej fazie to między innymi czołg przy trasie w Starych Łysogórkach… Na jednym z przystanków na moment zatrzymałem się na rozciąganie i 2x grześki, liona, podwójnego snickerska oraz litr coli,ale to dalej jakby było mało. Ostatecznie Szczecin jeszcze minąłem za dnia, przejazd okazał się po dobrych drogach, jedna akcja z wiejskimi burkami oraz brukami… i szybko na Wolin po północy. Zaczynały mnie dopadać nocne zmory. Przed Międzyzdrojami ratowałem się zadaszeniem, które wcześniej wypatrzyłem na Garminie jako „Zadaszenie” cokolwiek to miało znaczyć. Znaczyło dokładnie tyle co sobie wyobrażałem, czyli typowa wiata z ogromnym stołem na którym na moment mogłem się położyć i 15 minut zdrzemnąć.

Szybka regeneracja pod wiatą

https://goo.gl/maps/dqmfvUKXB8K2

W statoilu w Miedzyzdrojach zdałem sobie sprawę, co to jest prawdziwe zmęczenie. Oprócz mnie były tam dwie osoby, kierowcy ciężarówek, którzy kończyli trasę. Byli tak zmęczeni, że zasypiali jedząc zapiekankę i hotdogi. Jeden drugiego budził na zmianę. Nie spali na siedząco. Byli o poziom wyżej ode mnie i na domiar złego to ja wyglądałem przy nich na wypoczętego. Oj wysoko podnieśli poprzeczkę, wysoko…

Wielka kawaaaa uniosła moje rzęsy, a na całonocną walkę z Morfeuszem miałem na uszach słuchawki ze wspaniałymi nutami  The Doors. Było mroczno i strasznie. Do tego w Wolinie ponownie pojawiały się sarny, a dalej także jedna locha. Nie myślałem już o spaniu. Myślałem tylko o tym, że zaraz wzejdzie słońce pojawi się morze, a meta z każdym „korbieniem” zacznie się do mnie przybliżać…albo ja do niej. Chyba to drugie, bo kilometry same nie wchodziły do licznika.

This photo is taken by AllWinner's v3-sdv

Wraz z nadejściem nowego dnia…

…”system” mocno mi się wieszał, ale jechałem całkiem dobrze. Kołobrzeg niestety nie wspominam kolorowo z uwagi na ogromne buractwo tamtejszych kierowców, którzy mając w samochodzie klakson nadmiernie go wykorzystywali, a Ci którym się zepsuł na pewno klęli pod nosem i mnie zwyzywali. Infrastruktura ścieżek, ale nie dróg rowerowych tak działa, by wszystkich rowerzystów wrzucić do jednego kubła i niech się męczą, bo przecież rowerem to kilka km pewnie jadę do sklepu… 😂

Może być gorzej ?

Może. Droga krajowa relacji Kołobrzeg – Koszalin. Zero pobocza, wasko i natężenie ruchu tirów jak i osobówek największe na całym MRDP, jechałem tam po 7mej, kawalkady tirów gnały jak szalone!

Nienawidzę morza. Wąskie parszywe drogi, ogromny ruch i brak kultury kierowców sprawiały,  że moja złość sięgała zenitu. Im bliżej Rozewia tym gorzej, wariatów nie brakowało. Jeden np. wiózł wielkim Dodge’m łajbę, tylko, że zamiast 70 jechał tak ze 140, po dziurach. Żadna przyjemność jeździć po tamtejszych drogach.

W Łazach po raz wtóry na każdego czekał odcinek po ulicy Darłowskiej do Rzepkowa. Po płytach.

Niebywale blisko morza, ale czasem je było widać jak na dłoni, a czasami wcale. Kilka miejscowości ładnych bardziej zabytkowych, które jeszcze tak nie nasiąkły przemysłem turystycznej waty cukrowej…

Pk40.

30km do mety! Nareszcie! To już nic 1% całej trasy. Końcówka się poprawiła, przejazd obok elektrownii wodnej na jeziorze Żarnowieckim i jedna góra do pokonania by znowu znaleźć się na linii brzegowej. Patrzyłem na zegarek, ciemno już się zaczęło robić, ale nie zmieniałem ogniwa w latarce, w Karwii przez bruki, potem dziury, potem znowu bruk Jastrzębiej Góry i ostatnie metry kostki pod latarnię. Na metę wjechałem o 21tej. Według planu z ostatnich 30km 😀 Końcówka dodała mi sił w nogach 🙂 . Na mecie nie było uścisku prezesa, bo jeszcze jechał , ale Agaty oraz piona z Michalem, który obserwował MRDP bacznie w internetach i przyjechał specjalnie na Metę!

FB_IMG_1505714073202

Nogi na mecie, a głowa wciąż jedzie… 9 dni, 8 godzin i 51 minut…

Tak się zakończyła przygoda, którą trudno poskładać w jedną całość, ale jest czymś dla mnie wielkim, bo nie przejechałem do tej pory takiego dystansu ciurkiem i teraz wiem jaką to sprawia satysfakcję , tym bardziej , że nie nabawiłem się żadnych kontuzji, miałem się wycofywać, ale wybiłem sobie to z głowy, a na myśl o lubuskich brukach już mnie bolą dłonie. Tak było i była to niesamowita trasa 😉

Dziękuję każdemu za kibicowanie! Wiem, że wiele osób jechało wirtualnie ze mną i miało z tego wielką frajdę! Super sprawa, dziękuję bardzo, to wielkie wsparcie! Pozdro!  😉

 

 

Reklamy

5 uwag do wpisu “MRDP 2017

  1. Fajowo było to „przeżyć” raz jeszcze. Przypomnieć sobie te dziesięć dni, w trakcie których zaczynało się funkcjonowanie i kończyło od sprawdzenia pozycji na trasie.

    A z ciekawości – jaki telefon Ci padł?

    Polubienie

  2. Czeczen, lepiej do kolacji niż śniadania 🙂

    Bitels, to ja dziękuję ! Składaj szosę, składaj 😂

    Krzysztof, śledzenie przesuwających się hipnotycznie kropek na mapie przez tyle dni to ciężka robota! Telefon Lenovo K5.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s